Archiwum dla Marzec, 2010


1/day #83

Tym razem skorzystałem z narzędzia Mesh Tool, do którego nigdy nie byłem przekonany.

Planszowy plakat 13

1/day #82

W poniższym plakacie wykorzystałem piktogram człowieka z poprzedniego:

Planszowy plakat 12

Listę wszystkich gier biorących udział w konkursie na Grę Roku 2010 znajdziecie na http://nagroda.gry-planszowe.pl/

1/day #81

Kolejny plakat w kolorach brązowych. No wiecie – taki etap :)

Planszowy plakat 11

Chociaż powoli idę w stronę żółci. Ciekawe co będzie jutro

1/day #80

Mam nadzieję, że teraz będzie chociaż trochę trudniej :)

Planszowy plakat 10

Listę wszystkich gier biorących udział w konkursie na Grę Roku 2010 znajdziecie na http://nagroda.gry-planszowe.pl/

Nie zapomnijcie przeczytać śmiertelny tekst Kapustki.

1/day #79

Krótko:

Planszowy plakat 09

Oczekuję też krótkich odpowiedzi :)

Listę wszystkich gier biorących udział w konkursie na Grę Roku 2010 znajdziecie na http://nagroda.gry-planszowe.pl/

Kapustka poszedł krok dalej i nie dość, że napisał opowiadanie planszówkowe, to jeszcze opublikował je na Games Fanatic!

i jeszcze jedna wiadomość. Jeśli podobał się projekt Dixita, to jest szansa, że będziecie mogli kupić sobie lub swoim dziewczynom (chłopakom?) koszulkę z takim nadrukiem. Nie jest to jednak takie proste, poneważ najpierw projekt musi przejść głosowanie: http://mandu.pl/projekt.php?id=412 Jeśli chcielibyście taką koszulkę, to zapraszam do głosowania :)

1/day #78

Wiem, wiem, zbyt oczywiste, ale musiałem kiedyś narysować coś ptasiego

Planszowy plakat 08

Chociaż może „narysować” to za dużo powiedziane. Skorzystałem ze zdjęcia: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Haliaeetus-albicilla-002.jpg

Jeśli pamiętacie planszowe projekty na koszulki, które kiedyś robiłem, to może chcielibyście mieć jeden taki? Jeśli tak, to zagłosujcie na niego na http://mandu.pl/projekt.php?id=407

Kapustka przyspiesza: #74 i #75

1/day #77

Kolejny plakat. Tym razem mniej wektorów niż w poprzednich:

Planszowy plakat 07

Listę wszystkich gier biorących udział w konkursie na Grę Roku 2010 znajdziecie na http://nagroda.gry-planszowe.pl/

Chcecie wiedzieć, co jest najważniejsze w życiu? Ściana.

EDIT: Kapustka poszedł na całego i napisał opowiadanie o planszówkach, które ukazało się na Games Fanatic :)

Największy woreczek strunowy świata

Przerażony obserwowałem grupkę dobrych znajomych, z którymi razem mieszkam od dawna. Grzesiek, Anka, Marta z koleżanką, babcia oraz mama Marcina – nie zważając na różnice wieku i kondycji, ustawiali się w pionowej figurze akrobatycznej. Panicznie stawali na swych głowach i powstrzymywali drżenie rosnącej wieży. Niczym wielopokoleniowa cyrkowa rodzina, którą przecież nie byli. Jako ostatnia została dostawiona babcia Marcina. Krucha staruszka na żywym pomniku. W głowie kotłowało mi się pytanie. Dlaczego oni to nam robią?!

Z drugiej strony i tak mieliśmy lepiej, niż pionki z Shoguna. Krążyły o nich legendy. Podobno większość ginęła w męczarniach przy pierwszym wrzuceniu do maszyny losującej. A potem ich martwe ciała były mieszane z żywymi i ponownie … stop – tak naprawdę nie wierzyłem w te opowieści.

Wydawało mi się już, że babcia Marcina jest bezpieczna i wróciłem do szacowania z twarzy graczy, czy zamierzają użyć nas dziś ponownie, czy też może w końcu wrócimy do domu. Mieszkam w Santiago, w pierwszym szeregowcu od prawej strony. Jest tam ciasno. Tak bardzo, że kilka osób musi kłaść się na innych. Zmieniamy te osoby cyklicznie i zawsze na to czekam. To bardzo przyjemne. A dziś była moja tura i nie mogłem się doczekać.

Nagle huknęło. Psychodeliczny gracz przywalił w babcię Marcina drewnianym drągiem! Przysięgam, sam nie mogłem w to uwierzyć. Dziewczyny poleciały na planszę. Kątem oka zobaczyłem, że Grzesiek oszołomiony stoi w miejscu. Ale przede wszystkim ta biedna staruszka spadła i nieprzytomna turlała się w moją stronę z niesamowitą szybkością. Dotkliwie wpadła na mnie i przekazała cały pęd. Leciałem wprost na krawędź stołu.

Jeśli woreczki strunowe miałyby przechowywać sekundy, minuty i godziny do okropnego wydarzenia, to w tym wypadku byłby to najmniejszy rozmiar, jaki kiedykolwiek powstał. Nie było w nim miejsca na strach, tylko na bierną obserwację – wręcz fascynację – gnających pode mną słoi blatu, wyobrażenia, że prowadzę rozpędzony samochód, odsłaniającego się widoku podłogi, zabierającej dech nieważkości i upadku na miękki dywan.

- Jeden poleciał, spróbuj jeszcze raz.
- Nie widzę, ale przecież nigdy nie zagrasz tak dobrze, aby użyć wszystkich. Oni pakują je na wyrost.
- Trudno, nie będziemy przecież wywieszać kartki „zaginął”, wracajmy do partii.
- Kiedy odkurzacie?
- Dopiero za kilka dni.

Ten woreczek strunowy był ogromny. Leżałem przez dwa dni. Wspominałem nasze ostatnie chwile i obiecywałem, że powrócę. Najtrudniejsze było odpieranie złych wizji. Wiele razy zdawało mi się, że usłyszałem otwieranie szafki, w której przechowują odkurzacz. Ich torturujące rozmowy śledziłem zdanie po zdaniu, ważąc czy przybliżają się, czy oddalają od tematu, jakby to było upiorne „ciepło – zimno”. Miałem nadzieję, że jakimś niezwykłym zbiegiem okoliczności – chorobą, urlopem, nadgodzinami – zapomną o sprzątaniu. I, że te okoliczności będą się powtarzać.

Tak doczekałem następnego spotkania. Całe szczęście, gra Santiago spodobała im się na tyle, że leżała już zaplanowana na stole. Wpierw jednak rozgrywali koszmarnego Shoguna z maszyną losującą śmierci. Przez te dwa dni całkiem zobojętniałem i czekam cierpliwie. Nagle znajomy huk i turlanie po stole. Spadają dwa trupy i leżą obok mnie. W tym samym kolorze!

- I jak, widzisz je?
- Tak, tak, są wszystkie trzy.
- Masz szczęście, Shogun to moja ulubiona gra.

1/day #76

Słyszeliście o tym, że raz do roku pistolet sam strzela? A może to był łuk? Dziś banalnie:

Planszowy plakat 06

EDIT: Kapustka napisał felieton o śmierci:

Puścić smugę

Ma ogromną ilość eufemizmów, z których szczególnie zapamiętałem „puścić smugę” ze słownika nowomowy vasisdas.tk. Towarzyszą jej różne dźwięki, począwszy od histerycznego „Aieeeee” poprzez spektrum różnych „Nieee”, „Uch”, „O-o”, aż do braku dźwięku. Powiedziałbym że strach przed nią to stale powracający motyw, ale to złe określenie, bo żeby powrócić, trzeba choć na chwilę wyjść. Widziałem ją na własne oczy tylko raz, ale setki razy na niby. Porozmawiajmy o śmierci w popkulturze.

Oglądałem wczoraj scenę filmu źródło (the Fountain), w której dwaj wojownicy wpadają w pułapkę i są tym przerażeni. Zadanie przerosło możliwości aktorów i mimo ich kostiumów nie mogłem zapomnieć, że jestem na planie filmowym. Potem uciekają, dobiegają do drewnianej kraty i zostają przebici włócznią, czemu towarzyszy ciekawe ujęcie z góry – mocne i jednoznaczne, ale w gruncie rzeczy umowne. Na koniec widzimy opadające bezwładne ciała i tę część aktorzy zagrali wyśmienicie! Nawet wyrwał mi się komentarz „oni grają te ciała lepiej, niż żywych ludzi”.

Ciekawe czy istnieje ranking najlepiej umierających aktorów? Podejrzewam, że na jego końcu będą ci konający spazmatycznie, jak w dziecięcej zabawie. I tylko ich potrafię uznać, za jednoznacznie słabych. W pozostałych przypadkach zadanie wydaje mi się zbyt łatwe, aby wskazać, kto je zrobił lepiej.

Niepokoi mnie ta łatwość, szczególnie w połączeniu z trudnością rozmowy w prawdziwym życiu. Dlaczego autorzy ochoczo sięgają do wydarzenia na granicy przesady? Nie wiem na pewno, ale być może pojawia się tak często nie z powodu fabularnego, tylko konstrukcyjnego – jest niezawodnym środkiem na wyłączenie postaci z opowieści. Obietnicą, że nie wróci już, choćby nie wiem jak bardzo jej zależało.

Dla przykładu niech dwójka bogatych mężczyzn konkuruje w domu aukcyjnym o przedmiot, który jest dla nich nieprzeciętnie ważny. Planowali jego zakup od dwudziestu lat i przeznaczyli na niego centralne miejsce w domowej galerii. Wygrywa jeden. Oczekujemy, że przegrany będzie wielokrotnie składał propozycje wykupu, być może groźby, ostatecznie być może nawet opłaci włamywaczy. Tymczasem autor potrzebował dramatycznej aukcji, z zawyżoną kwotą kupna … i tylko tyle. Ponowne starania będą kłopotliwe, a ich brak – podejrzany. Co zrobić?

Przy tej ilości fikcyjnych samobójstw, śmiertelnych chorób i zabójstw świat wyobrażony jest wyjątkowo niemiłym miejscem do zamieszkania. A przy dłuższym pobycie można zwariować.

Jest też taki rodzaj filmów, komiksów i książek (tych ostatnich jakby mniej), który na początku wprowadza dość licznie bohaterów tylko po to, aby potem puszczali smugę pojedynczo. Predator ma budowę takich pojedynków i co charakterystyczne, przy każdym następnym dowiadujemy się czegoś więcej o zagadkowym przeciwniku. Taka konstrukcja powraca w Obcym, Oszukać przeznaczenie, i naprawdę wielu. Jest ramą dla większości horrorów oraz, gdy odwrócimy role, dla filmów zemsty, jak pokazywany w momencie gdy to piszę Kill Bill. Zastanawiam się, czy tę budowę można oryginalnie zaadaptować, np. do romansu?

W ramach puenty przyznam, że podczas dziecięcych zabaw – gdy inni udawali policjantów i gangsterów – ja z przyjemnością stawałem się ofiarą losu, umierającą porywczo, efektownie i tak często, jak to możliwe.

Na marginesie, film źródło (the Fountain) gorąco polecam, o ile chcesz zobaczyć rujnujące działanie metafory kontrolującej, czyli nachalnie powtarzanego jednego porównania lub symbolu, który ma nadać większy sens, pozbawionej go fabule.

1/day #75

Mam wyjątkową słabość do dzisiejszego projektu. Po prostu mi się podoba :)
Planszowy plakat 05

Listę wszystkich gier biorących udział w konkursie na Grę Roku 2010 znajdziecie na http://nagroda.gry-planszowe.pl/

Wróćcie też do wpisu #72. Kapustka opisał swoją niezapomnianą sesję planszówkową w Battlestara. No i nie omińcie  najnowszego tekstu do wpisu #71. Jest to najprawdziwszy warzywny horror.

EDIT: Kapustka twierdzi, że to wysiek, ale wg mnie to baaardzo fajnie napisane opowiadanie:

He

Większość z nas – baloników helowych – nie ma pragnienia, aby się wznosić, tylko aby pozostać.

Oplotłem się wokół ręki dziewczynki i wszedłem do parku. Trochę nieostrożnie przywaliłem w niskie przejście, ale przeżyłem. I to było świetne uczucie, praktycznie rozrywało mnie szczęście! Rodzina wyglądała na miłą i z pewnością mogliby mnie zabrać do mieszkania, gdzie zestarzałbym się pod sufitem. Ale to przypadkowe uderzenie w metalową bramę, obudziło we mnie chęć przygody. Tak, z pełną świadomością, że nasze wypadki nie kończą się łagodnym skaleczeniem. Obudził się we mnie balonik-zdobywca. Chciałem zostać wśród przyrody.

Widok nieba paraliżuje nas zupełnie, jak perspektywa nieskończonego upadku. Mimo to, planując uwolnienie, musiałem zmierzyć się z tą przestrzenią bez początku i końca. Ponoć jeśli odpowiednio długo patrzysz, to sklepienie wydaje się nie wklęsłe a wypukłe. Przypomina wtedy gigantyczną piłkę zawieszoną nad Ziemią. Pomogło mi to pokonać lęk – piłka ma kres.

W końcu dostrzegłem dogodną sytuację. Bardzo ryzykowną, ale najlepszą z dotychczasowych. Przed nami rozłożysty dąb. Poluzowałem chwyt. Będzie jej bardzo przykro, może powinienem pozostać. Spróbowałem pocieszyć dziewczynkę i skrzypnąłem czule. Nie wiem czy zrozumiała, nie było już czasu na wyraźniejsze sygnały. Opuściłem ciepłą dłoń i obietnicę sufitu. Rzuciłem się. Przez ułamek sekundy miałem jeszcze drugą szansę, gdy zbliżyła rękę w ratunku. Jednak skąd mogę wiedzieć, że to nie jedna z tych wariatek, która w mieszkaniu postanowi mnie wyssać i krzyczeć cienkim głosem.

Leżałem na miękkich liściach i czekałem aż posmutniała rodzina odejdzie. Dobrze, że nie wpadli na pomysł strącania mnie kasztanem, lub gałęzią. Być może zrozumieli.

Dostrzegła mnie niesamowicie gruba wiewiórka. Słyszałem historie o tym, jak zatracają się w zjadaniu darowanych przez ludzi orzechów, ale widok przeszedł moje oczekiwania. Dodatkowo miała okropne, wielkie szpony. Mimo to nie miałem wyjścia. Poprosiłem ją o pomoc w znalezieniu mi opiekuna docelowego. Najlepiej trochę bliżej ziemi.

Wiążąc się wokół jej łapki zawiązaliśmy pewien rodzaj umowy. Towarzyszyłem przez cały dzień. Wiewiórka z helowym balonikiem przechadzała się od jednej bramy do drugiej i wzbudzała nieprawdopodobną sensację. Ludzie, jakby przywiązani do drugiej łapki, ciągnęli poza ścieżkami i próbowali wchodzić na drzewa. W pewnym momencie zagubiłem się i już nie wiedziałem, czy od początku chodziło jej o taki ubaw, czy o kilogramy orzechów.

Hałas wystraszył białego zająca. Miękkość i czułość, która musiała spotkać się z moją wrażliwością. Poprosiłem wiewiórę – wybłagałem ją – żeby zgubiła uwagę i wypełniła swoją obietnicę. Zawsze mogłem się odwiązać, ale nie było to konieczne. Wspięliśmy się na wysoki jesion. Przeskoczyliśmy na buk. W ostatniej chwili zatrzymałem skok w kolczaste kasztany. Na koniec zawróciliśmy w liście, gdzie pozostaliśmy nieruchomo.

Gdy ustał zgiełk, zeszliśmy do mojego wymarzonego opiekuna. Miał wspaniałą naturę i usposobienie – cały był miękkością. Z pewnością wiedział, że będę rzucającym się w oczy kłopotem, ale nie zaprotestował. Nie potrafił. Musiałem sam zdecydować za nas dwoje. Nie byłem w stanie rozważyć tego rozsądnie i przywiązałem się.

Zawiał wiatr. Podrzuciło mnie i zbyt lekkiego opiekuna. Szybowaliśmy razem, coraz wyżej i wyżej, oddalając się od grubej wiewiórki, parku, Ziemi. Nie bałem się – to tylko przeprowadzka na wielką piłkę.

1/day #74

Kolejny projekt plakatu gry planszowej biorącej udział w konkursie na Grę Roku. Tym razem jest to

Planszowy plakat 04

No właśnie, co to? Pewnie łatwe, ale co ja wiem :)

EDIT: Kapustka zmienia formę wpisów. Tymczasowo, ale mi się podoba :)

Iluzje

W ramach krótkiego wyjaśnienia – to jest wysiek. Tekst pisany bez planu i objęty minimalną korektą. Potrzebuję awaryjnej formy, gdy nie mam trzech godzin na normalny tekst. A poza tym ciekawe, na ile możliwe będzie zastosowanie reguł improwizacji teatru klancyk!, które poznałem na warsztacie w zeszłą sobotę.

Nie wszystko jest takie, jak się z początku wydaje. Do moich ulubionych złudzeń optycznych należy sklepienie Szkoły Głównej Handlowej, optycznie wyższe o około piętnaście pięter, niż w rzeczywistości. Pod warunkiem, że spoglądasz ze środka. Również boję się pomyśleć, ile godzin w życiu spędziłem na przewracanie w wyobraźni rysunku sześcianu w taki sposób, że raz zwrócony był do mnie spodnią ścianą, a potem górną. Robiłem to namiętnie, z jednego powodu – chciałem uchwycić moment przejściowy. Krótką chwilę, gdy nie jest zwrócony ani jedną, ani drugą. W jaki sposób go postrzegam w momencie przejścia?

Historia ze studiów. Zajęcia prowadził bezwzględny, ale bardzo przeze mnie lubiany Włodzimierz Dąbrowski. Opcjonalną formą zaliczenia, było rozwiązanie wszystkich zadań, które zadawał na koniec wykładu. Jedno z nich brzmiało: nadeślijcie ciekawy przykład iluzji optycznej. Przeszukałem sieć i znalazłem ogromną ilość ilustracji, gdzie równoległe linie stają się krzywe, dwie plamy jednego koloru uciekają w różne odcienie lub pojawiają się fragmenty obrazka, których tak naprawdę nie ma. Nadesłałem jednak zdjęcie sweterka. Wyszydełkowała go pewna starsza kobieta, która na stronie internetowej stwierdziła, że jej robótka jest iluzją optyczną!

Jednak te przykłady blakną przy największym złudzeniu, paradoksalnie zupełnie powszechnym i codziennym. Naszych opiniach. Maniak ryzykowania, adrenaliny i szybkiej jazdy samochodem nagle przyznaje w rozmowie, że w telewizji najchętniej ogląda snookera, ewentualnie curling. Awanturniczy kumpel podkreśla, jak ważne jest wzajemne zrozumienie. A skąpy chwali szczodrość.

Zauważyliście jak często ludzie mówią coś odwrotnego, niż sami reprezentują? Doświadczyłem tego tak wiele razy, że w pewnym okresie wyznawałem generalną zasadę, że ludzie zawsze wypowiadają negację.

Hipokryzja? Czasem tak, ale w większości szczere wyznanie, nieświadome dysonansu między stanem obecnym a wyrażoną opinią. Od dawna mnie to interesuje, niczym obracanie szkieletu sześcianu. Zresztą te dwa łączy jedna czynność – przemiana. Wydaje mi się, że jeśli awanturnik uczciwie mówi, że powinniśmy wykazywać większe współczucie i zrozumienie, to tak jakby mówił o zmianie, której zamierza dokonać w sobie.

Być może to pierwszy etap większego mechanizmu? Wstępne weryfikowanie, czy nowy kierunek jest słuszny? Co sądzą o nim inni?

Z tego punktu widzenia zaskakująco nieadekwatnie jest zachowanie odbiorcy. Jako świadek takich sytuacji, szybko wpadam w irytację. Zdarzało mi się zaatakować, oskarżyć, odgryźć głowę, niczym smok z rysunku Edrache. Oczekuję od innych znacznie większej konsekwencji w opiniach i postępowaniu, niż sam prezentuję! Gdy to zrozumiałem, zrobiłem się bardziej wyrozumiały i tylko denerwuję się, bez odgryzania głowy. Nawet gdy ostatnio dowiedziałem się, od nerwowej osoby, która wali pięścią w stół i klnie na cały głos, że praktykuje Tai Chi!

Powered by WordPress | Theme: Motion by 85ideas.