Był ślimak, ale okazało się, że na wyprawa na ryby mu się nie powiodła. Została więc tylko kapusta

kapusta

Smacznego

EDIT: Zachęcam do przeczytania bardzo osobistego tekstu Kapustki (wiecie, że napisał mi, że to jest prawdziwa historia??):

Start

Wnikliwi z was już odkryli, że mój avatar jest sałatą (próbuję sobie to wyobrazić w kontekście filmu Avatar). Powód: Kapusta wygląda gorzej. Samo słowo zawiera pustkę, ale również kapusia i ścianę, w formie „kapuściana”. Przyznaję, nie są to zbyt pozytywne skojarzenia. Nazwa powstała, gdy studiowałem na wydziale chemii Politechniki Warszawskiej. Przerosła mnie sympatyczna kadra, czyste odczynniki i bogate zaplecze tej uczelni. Często kładłem się na korytarzach i oznajmiałem: „A teraz wystawiam liście do słońca i fotosyntezuję. Adam Wilk w tym czasie był autobusem i otwierał drzwi. Na Polibudzie każdy czymś był. Czymś innym. Innym niż studentem.

Wybrałem jedną historię, która być może mnie definiuje.

Pewnego majowego dnia wybuchła w moim domu awantura. Nie pamiętam, co w niej było innego od sprzeczki poprzedniego dnia. Kłóciliśmy się potwornie i z małym przerwami. Pomyślałem, że życie w ciągłym stresie musi mieć swoją cenę psychiczną i jeśli pozostanę, to w jakiś sposób oszaleję. W zasadzie nie wnioskowałem aż tak racjonalnie. Ja po prostu przestraszyłem się tego, co jest za momentem, gdy nie możesz już dłużej wytrzymać.

Decyzję o wyjściu na zawsze, podjąłem w kwadrans. Spakowałem: śpiwór, nóż z małą piłą do drewna, parę kompletów bielizny, laptopa, telefon, kosmetyczkę, zapałki, polar, małą łyżeczkę, kilka groszy kieszonkowego … oraz cztery egzemplarze czasopisma Computerworld! Trudno o lepszą reklamę tego pisma.

Przypuszczacie, że zanocowałem u znajomego lub dziewczyny? Nie chciałem zaczynać samodzielności, od zalegania w czyimś mieszkaniu. Skręciłem prosto do lasu, w którym kiedyś budowałem szałasy i nocowałem w nich. Uznałem, że ten będzie musiał przetrwać dłużej, bo jeśli nie zacznę zarabiać, to zamieszkam tu na zawsze. Miałem trochę szczęścia – znalazłem potężną gałąź pozostawioną przy wycince i skróciłem ją przy użyciu piły w scyzoryku. Powiesiłem, okratowałem mniejszymi gałęziami i nałożyłem grubą warstwę świerku i leszczyny. Próbowałem naśladować przodka z czasów Bolesława Chrobrego.

Samotna noc w środku lasu jest przerażająca, ale mniej, od samotnej nocy w środku lasu i czytania Lovecrafta – co zdarzyło mi się wcześniej. Rozpaliłem ognisko. Ma on chyba większe znaczenie dla stanu ducha niż ciepła. Płomień wręcz przemawia: „wszystko będzie dobrze”. Trudniej od lęku zaakceptować twarde i nierówne podłoże. W końcu zasnąłem, płytko i z przerwami na dokładanie chrustu, ale z dala od rodziny. Telefon nie zadzwonił.

Po przebudzeniu, mimo, że cały śmierdziałem dymem, musiałem pójść do szkoły. Nie wiedziałem, co zrobić ze śpiworem, kosmetyczką i Computerworldami. Zabrałem się do kopania małego wilczego dołu. Tutaj mała rada praktyczna. Spotykając na spacerze szałas, uważajcie na rozstawione w pobliżu skrytki-pułapki.

Miałem do dyspozycji tylko małą łyżkę do herbaty. Oderwałem piętnastocentymetrowe poszycie i zacząłem dłubać pomiędzy kamieniami, korzeniami i robakami. W tamtym czasie byłem głównym architektem projektu studenckiego projektu, obejmującego czterdzieści osób i dwie uczelnie. W środku kopania schowka zadzwonił koordynator i zapytał o schemat bazy danych. Był to moment szczególny. Jedną ręką rozmawiałem o zakładaniu indeksów na tabelkach, drugą ryłem dziurę na ukrycie śpiwora. Moje ciało było łącznikiem między dwoma odległymi epokami!

Potem padało przez dwa dni. Mój nowy dom przemókł. Skrytka zamieniła się w zbiornik wody i utopiła bezcenne egzemplarze Computerworld. Podziwiam ludzi z epoki Chrobrego. Ja, następnym razem, jak będę na zawsze opuszczał dom, poszukam sobie jakieś jaskini!


« »