Strona Gramajdy potrzebowała banera przenoszącego na podstronę o Pyrkonie. Zrobiłem 3 propozycje i została wybrana trzecia :)

wersja 01

wersja 01 po najechaniu kursorem

wersja 02

wersja 02 po najechaniu kursorem

wersja 03

wersja 03 po najechaniu kursorem

Wersja interaktywna na Gramajdzie. Zapraszam :)

EDIT: Poniżej tekst Kapustki. Szczerze to na początku nie widziałem związku, ale potem znalazłem :)

Gra kopozycyjna

+2a – b

Już z daleka dostrzegli akordeon i teraz zgadują, do którego przedziału wejdę. Mam zwyczaj, że przechodzę od ostatniego do pierwszego i nie wyobrażam już sobie inaczej. Celowo stoję w widocznym miejscu, na linii ciekawości czy nadjeżdża dziesiątka, czy czternastka. I tak jak byłem uczony - ilekroć skrzyżuję spojrzenie ze zniecierpliwionym pasażerem, nie ważne jak gniewne, smutne czy lekceważące ono będzie, uśmiecham się szeroko i uprzejmie potakuję chwytając koniec czapki. Prawie ją zdejmuję.

Podjeżdża. Nie wiem jaki numer. Spoglądam za to na ilość ludzi w środku. Gdyby panował tłok, to moja obecność z pewnością ich rozzłości i nie zmieni tego nawet sto prawie zdjętych czapek. Staję z boku drzwi, zapraszam i wyobrażam sobie, że jestem częścią obsługi odpowiedzialną za serdecznie przywitanie. Na koniec wchodzę, szeroko rozstawiam nogi, zapieram plecy o poręcz, zdejmuję blokadę i głośno mówię „dzień dobry”.

Są w zasadzie trzy, może pięć melodii, których oczekują. Zagram je, ale dopiero pod koniec dnia, gdy już opadnę z sił i przestanie mi zależeć. Kiedy będę musiał zarobić. Do tego czasu pozostaję sobą. Rozpoczynam bardzo głośno i te dźwięki zaskakują ich. Na chwilę gasną rozmowy. Zamierają. Pierwsze dźwięki powinny być łagodne i narastać stopniowo. Tak było, przy czym zagrałem je cztery przejazdy wcześniej. Oni nieświadomie dołączyli w środku większego koncertu.

Po tym jak zdziwienie ustępuje i wracają do rozmów i czytania książek, ja przechodzę do głównej części. Odważnie kładę tylko jeden akord, jak gdyby lewa ręka przymarzła mi do guzików. Pulsuję nim w oszalałym, nieregularnym rytmie. Na tym tle wprowadzam znaną melodię. Dysonans jej tempa i harmonii z tłem jest tak nieznośny, że nie pozwala doczytać gazety i zaplanować dnia. Ta muzyka brzmi jak pojedynek dwóch grających jednocześnie akordeonistów. Zamykam oczy i po prostu uśmiecham się. Jestem szczęśliwy.

Tramwaj zwalnia. Najtrudniej jest mi wytrzymać wejście nowych, nieprzygotowanych osób. Ich komentarzy – zapłacę, żeby tylko przestał. – Mimo zaleceń odwracam się plecami, aby nie widzieć ich grymasów twarzy, wymiany porozumiewawczych spojrzeń, żartów. Dopiero, gdy podłoga ponownie drży od jazdy a szyby uderzają donośnie, wtedy wraca mi pewność siebie. I wtedy kończę.

+b – a

Czasem zajadę gdzieś daleko i długo czekam na powrót lub nikogo nie ma w przedziale. W takich sytuacjach zakładam blokadę i przewieszam akordeon do tyłu, aby opadał na plecy. Lubię jak przetarty skurzany pasek, na którym wisi, przebiega pomiędzy trzecim a czwartym guzikiem kurtki. Mam taki gest, że umieszczam go dokładnie po środku, gdy przed chwilą poruszyłem się.

Potem siadam i odkładam na ławkę ten instrument, który przed chwilą poprawiłem. Wiem, że to bez sensu, ale uwielbiam porządkować przedmioty, aby leżały tak, jak powinny. Pilnuję się jednak, gdy ktoś mnie dłużej obserwuje. Gdy podgląda moje precyzyjne zaginanie gazety, wyrównywanie jej niespiętych stron w równy prostokąt, gdy dostrzega, że bardziej spoglądam na te nierówności niż treść, wtedy ogarnia mnie strach. Strach przed etykietą świra.

+b, -b

Garściami wyjmuję monety z kieszeni. Dwuzłotówki układam w stosie po prawej stronie a pozostałe sortuję malejąco, przy czym miedziane grosze wyrzucam – więcej utrapienia z ich noszeniem, niż pożytku. Pięciozłotówki wkładam do kieszeni kurtki od strony serca. Ich ilość, to liczba osób, dla których było warto. Ogółem niewiele tego. Poprawiam pasek i wracam do mieszkania.

Każda rodzina ma swój pokój. Jest ciasno. Idę do kuchni. Na ścianie garnki, niektóre podwieszone, kilka na blatach, jeden zagraca podłogę i prawie wpadam na niego. Otwieram szafkę zawaloną przyprawami w siatkach. Uderza ściana suszonego oregano. Półki pokrywa warstwa soli z nieszczelnej papierowej torby. Próbuję nie zwariować. Sól wylewa się na blat, odskakuje i błoci posadzkę z nierówną fugą. Poddaję się. Wracam do pokoju i proszę ciotkę, o zrobienie herbaty.

« »