Tag: rysunek
1/day #72
dodany przez edrache mar.10, 2010, w kategoriach grafika, planszówki
Kolejny plakat gry biorącej udział w konkursie na Grę Roku 2010:
Jeśli nie macie pojęcia co to za gra, zajrzyjcie na http://nagroda.gry-planszowe.pl/ i podajcie swoje propozycje w komentarzach. Pewnie pierwsza osoba zgadnie
Pojawiły się aż 2 nowe teksty Kapustki (jeden o poniższej ośmiornicy)!!!!11111jedenjeden #69 oraz #70
Zapomniałbym o tapetach. Na życzenie ośmiornica w różnych rozmiarach:
1/day #71
dodany przez edrache mar.09, 2010, w kategoriach grafika
Kojarzycie takie bardzo proste, infograficzne plakaty filmowe (niestety nie mogę ich teraz znaleźć, ale na pewno później podam link). bardzo chciałem zrobić coś takiego, ale nie chciałem powtarzać filmów. Postanowiłem więc, że zabiorę się za plakaty do planszówek. Akurat tak się składa, że ruszyło głosowanie na Planszową Grę Roku 2010, więc zabieram się za kandydatów do tego tytułu. Na pewno nie zrobię wszystkich, może tylko kilka, ale zabawa jest z tym świetna
Poza tym mam pewne zlecenie na głowie
W tym wypadku podałem tytuł, ale może chcecie zgadywać?
Przeczytajcie też nowy tekst Kapustki, koniecznie!
EDIT: Linki do minimalistycznych plakatów:
http://opium.org.pl/2010/02/18/plakaty-ibraheema-youssefa/
http://opium.org.pl/2010/03/09/plakaty-swobody/
http://www.flickr.com/photos/ollym/sets/72157607801959609/detail/
1/day #69
dodany przez edrache mar.07, 2010, w kategoriach grafika
Dzisiaj czas na ośmironicę. Nie jest to ośmiornica zabójca ani sharktopus, ani nawet zwyczajny Cthulhu. Po prostu
EDIT: Kapustka opisał pewną niesamowitą historię pewnej ośmiornicy w pewnym oceanie:
Wszystkie ekipy świata
- Wracając do tematu granic … uważam, że ocean jest nieskończony. – Słuchałam bezustannej rozmowy jeża morskiego z rozgwiazdą.
- O, to ciekawe. Czyżbyś przedryfował przez kanion, że to mówisz?
- Nigdy tam nie byłem … – Ja również. Panicznie boję się podróży.
- … ale słyszałem, co jest dalej. Ocean i następny kanion.
- Czyżby od tej jazgoczącej krewetki z wybujałą fantazją.
- Załóżmy na chwilę, że miała rację. – Gdy zapada ciemność, to wyłącznie rozmawiamy i czekamy na ekipę płetwonurków z latarką. Dopiero wtedy krewetki drążą od dawna obiecane tunele a podnawki czyszczą konające z brudu zwierzęta.
- Przypadkiem można dojść z błędu do prawdy, ale nie nazwę tego podejściem naukowym.
- Posłuchaj wniosku! Jeśli za każdym kanionem jest kolejny, to ocean nie ma granic. – Im bardziej niewidome są gatunki, tym bardziej abstrakcyjne i pozbawione konkretu ich rozważania.
- To piękna dedukcja, na złej przesłance. – Jeż morski i rozgwiazda są ślepe.
W środku rozmowy zasypiają. Z powodu stałej ciemności i temperatury, sen przychodzi w przypadkowych chwilach. Strasznie mi duszno. Dziś prąd jest słaby i porywa za mało tlenu. Opadnięta, już prawie śnię, gdy podpływa płaszczka.
- Pomyślałem, że masz ochotę poczuć się potrzebna.
- Ja?
- Grubym podnawkom, tym pod starym koralem, zapowietrzył się tunel.
- Nie szczególnie mam ochotę się ruszać. – Szczere wyznanie na chwilę go zaskakuje.
- Zostawiłbym cię w spokoju, ale tylko ty potrafisz im pomóc. A poza tym to miejsce cię zaciekawi. Panuje tam zupełna cisza, bo wszyscy się wyprowadzili.
- Dobra, ale pod warunkiem, że rozejrzycie się za kimś drugim na przyszłość.
Miał rację. To najdziwniejsze miejsce, w jakim byłam. Absolutna pustka. Z pewnym trudem przechodzę przez wąskie przejście. Nikną głosy. Tunel jest tak wąski, że moge zawrócić dopiero w komorze. Bardzo to nieprzyjemne odczucie. Mam ochotę zawinąć się w kłębek. Trafiam na rozwidlenie i trochę błądzę. Ramionami szoruję po ścianach. Od strachu i braku tlenu opadam. Może ten tunel nie istnieje? Czy mogę wykazać to dedukcyjnie?
Nagle dotykam zimnej plamy powietrza. Ucieszona uderzam w nią i ubijam. Dociera do mnie przyjemna, ożywcza fala. Czekam chwilę, aż wrócę do sił, po czym wyciągam ramię w stronę sufitu i zaciskam przyssawki. Ostrożnie napełniam pozostałe ramiona. Wygląda to zabawnie, gdyż napowietrzone odnóża unoszą się i wyglądam jak ośmiornica, która permanentnie się poddaje. Albo taka, co próbuje wystraszyć przeciwnika udając, że jest o wiele wyższa, niż w rzeczywistości.
Na zewnątrz uwięzione drobiny nagle łączą się i formują jedną ogromną bańkę, ze mną w środku. Z przerażeniem widzę, jak bezwładnie oddalam się od dna i szybko unoszę. Zamachem próbuję przerwać pułapkę, ale połówki łączą się od razu. Słabnie ciśnienie i rzuca mną mocny prąd. Wrzeszczę. Chcę wracać. Z powrotem do ciemności i znajomych. W wysokich partiach robi się oślepiająco żółto. Bańka pęka dopiero przy zderzeniu z powierzchnią oceanu.
Zaraz po uwolnieniu zwracam się w dół. Silny prąd z pewnością oddalił mnie na odległość wielu kanionów, które zobaczę zanim wrócę. Ale zrobię to i gdy po rozłące spotkam jeża, to powiem mu, że krok indukcyjny był całkiem dobry. I dlatego nie podejmę się odpowietrzania już nigdy więcej. Nawet, jeśli na dno zejdą wszystkie ekipy płetwonurków świata i krewetki oszaleją od tempa pracy. Ja będę siedzieć spokojnie.
1/day #68
dodany przez edrache mar.06, 2010, w kategoriach grafika
Kolejna ilustracja do opowiadania Kapustki. Ilustrowanie tekstów sprawia mi niesamowitą przyjemność
Zajrzyjcie koniecznie do poprzednich wpisów i przeczytajcie teksty Kapustki: #62 i #63
Wysadzenie mostu w Tomaszowie
Tomek wszedł do sklepu i bez rozglądania skręcił w stronę regału. Zrobił kilka kroków, przykucnął i chwycił cztery paczki muru pruskiego w skali 1:72. Odwrócił się w stronę kasy i zatrzymał. Zobaczył nową osobę. Zagubioną w pierwszym dniu pracy. Jej niepoukładane czarne włosy spadały na dziewczęce ramiona. Rozczuliła go ta niewinność obok półek z miniaturowymi czołgami. Było coś niezwykłego w życzliwości, z jaką patrzyła na żołnierzy Africa Corps. Wyrozumiałości do piątej pancernej. Czułości do PzKpfw V Pantery. Tomek ucieszył się na jej widok i podszedł. Pomyślał, że ona zawsze wygląda, jakby właśnie przed chwilą wstała. Że jest chodzącym porankiem.
Miał już coś powiedzieć, ale tylko wymienili spojrzenie. Uśmiechnął się i skrępowany oznajmił zasadniczo – Ja tylko te cztery ścianki. – Zdawał sobie sprawę ze swojej nieporadności i krępowało go to jeszcze bardziej. Nerwowym szarpnięciem spakował zakupy i w chwili płacenia powiedział – O rany, czuję się jakbym był w skali 1:300. – Gdy wracał dostał napadu śmiechu na widok napisu w autobusie „po usłyszeniu sygnału nie wchodzić„.
Wrócił do pracowni. Razem z Robertem składali makietę wysadzenia mostu w Tomaszowie Mazowieckim podczas drugiej wojny światowej.
- Słuchaj, co się wydarzyło!
- Przyjechała już dostawa katiuszy?
- Nie, to co innego. Jest nowa sprzedawczyni w sklepie!
- Ooo. Fajna?
- Powiem szczerze, stary, ona jest boska!
- Rozmawiałeś z nią? Pewnie uważa, że bagnet to rodzaj czapki …
- Nie dałem rady.
- A kupiłeś wszystko?
- Zapomniałem farbek.
- No to dziś dokończę tylko przęsła.
Przy pracy dogadywali się bez słów. Tomek był bardzo spokojny i opanowany. Dlatego wycinał, kleił i organizował. W porównaniu z nim, Robert był świrem. Lubił malować zamaszystymi ruchami, obsypywać scenerię imitacją trawnika i doczepiać dym z waty. Przy trzeciej makiecie realistycznie odtworzył palący się czołg. Wypakował go zapałkami, przygasił światła i podłożył ogień. Po tym wydarzeniu na pewien czas się pokłócili.
O ósmej wieczorem rozbolały ich plecy od ciągłego pochylenia. Wyszli pochodzić po mieście. Leniwie spacerowali w niekrępującej ciszy. Tomek zamknął się w myślach o chodzącym poranku. Chciał ją mieć blisko i podziwiać, jak makietę obrony Poczty Gdańskiej. Odgadywał sposób, w jaki odczytała jego głupie słowa „czuję się jak w skali 1:300”. Czy to zabrzmiało jak użalanie? A może przesadna pewność siebie?
Robert wpadł na szalony pomysł, aby zainscenizować dwutygodniowy ostrzał artyleryjski przystanku PKS. – A tutaj wybucha osiemdziesiątka zapalająca – krzyknął i rzucił się na trawę. Wyrywał ją garściami a potem podpalał rozkład jazdy na oczach starych znajomych. Gdy jeden z nich powiedział, że to przesada, Robert zaczął go przedrzeźniać. Powtarzał każde jego słowo i gest, ku rozbawieniu innych. Na koniec spostrzegł siedzącego Tomka, uśmiechniętego do swoich myśli. Wtedy rzucił – stary musisz mi ją w końcu pokazać! Idziemy tam jutro razem.
Wizytę zaplanowali jak działania wojskowe. W pierwszym planie Tomek chowa się za pułkami i obserwuje do woli, podczas gdy Robert odwraca uwagę. Poprawiona wersja zakładała, że Robert przewróci półkę i zrobi bałagan, aby Tomek mógł nieoczekiwanie przyjść z pomocą w sprzątaniu.
Weszli do sklepu. Tomek z trudem opanował chęć ucieczki i odwrócił się do regału. W przeszklonym odbiciu próbował dostrzec jej fantazyjne włosy, w których zaplątywał się niezliczoną ilość razy, jej drobną figurę, którą obejmował i tulił. Nie słyszał rozmowy przy kasie, ogłuszał go własny puls. W tym czasie Robert, uradowany całą sytuacją, podszedł i powiedział:
- Cześć. Pomyślałem, że może byśmy gdzieś wyskoczyli. Ty i ja. Na przykład jutro, jak skończysz pracę. Co ty na to?
1/day #66
dodany przez edrache mar.04, 2010, w kategoriach grafika
Kapustka po napisaniu opowiadania “Jak żywe” ledwo przeżył. Kolejne “opowiadanie” (?) zmusza czytelnika do wykonania konkretnych czynności, jeśli czytelnik chce nadal uczestniczyć w projekcie 500/dzień. Kapustka daje połowę, ale Wy możecie mieć całość – wystarczy trochę chęci.
Solidaryzuję się z jego cierpieniem, więc jeśli chcecie cały rysunek, to musicie sobie wyobrazić drugą połowę (chociaż może nawet więcej
). Powodzenia:
1/day #65
dodany przez edrache mar.03, 2010, w kategoriach grafika
Ominąłem jeden z tekstów Kapustki, ponieważ kolejny tekst tak mi się spodobał, że postanowiłem zacząć od niego. Tym razem zacznę od opowiadania:
Jak żywe
- Czy jest pan najlepszym origamistą?
- Nie potrafię powiedzieć.
- Mimo, że to Pana dotyczy?
- Dotyczy wszystkiego, oprócz mnie. Jeśli zostanę, a cały świat zniknie, to pytanie „czy jestem najlepszym origamistą?” traci sens. Dlatego ta kwestia zależy wyłącznie od otoczenia.
Szczęśliwa rodzina leżała w łóżku w ramach poobiedniej drzemki. Po piętnastu minutach obudził się Dominik. Był mężczyzną na tyle zdyscyplinowanym, że nie potrzebował budzika. Złożył kołdrę zgięciem przekątnym, przelotnie wzruszył się na widok dziewczyn i jak zwykle wszedł do pracowni. Magdaprzewróciła się na drugi bok i głaskała małą Alicję. Spojrzała na jej, swoje rysy twarzy i delikatne brwi niezdolne do gniewu. W końcu wstała, pomyślała, że dom zatęsknił za zapachem szarlotki i udała sie do kuchni. Alicja została w łóżku.
W pracowni nadawał kształt małemu słonikowi. Będzie on częścią większej instalacji, przedstawiającej płaski świat położony na piramidzie zwierząt. Niezwykłość talentu Dominika polegała na tym, że czasami jego kwiaty pachniały albo roznosiły pyłki, jego zwierzęta bywały ciepłe, smutne lub wesołe.
Magda wróciła do sypialni. Kilka razy wypowiedziała imię Alicji i dobrotliwie poklepała ją po plecach.Odkryła, że dziecko jest rozpalone gorączką. Przestraszona pobiegła do pracowni, zawahała się przed drzwiami, po czym świadoma konsekwencji chwyciła za klamkę. Chrzęst metalowego zamka zamienił się w myśl, która niczym skała rzucona na powierzchnię stawu, wyrwała Dominika ze stanu głębokiej medytacji. Zachwiane złożenie zrujnowało słonika.
- Doktorze, proszę mówić szczerze.
- Jej stan jest zły.
- Ale możemy coś zrobić, żeby ją ratować?
- Prowadzę badania nad nową krzyżówką pewnego zioła, które mogłoby pomóc.
- Przy czym ta roślina jeszcze nie istnieje?
- Niestety, szczep nie chce się przyjąć.
- A czy doktor wie jak ona ma dokładnie wyglądać?
- Tak, dlaczego pan pyta?
Rozpoczął od wybrania odpowiedniej wielkości papieru. Cały czas myślał, jak bardzo ważne jest to dzieło.W pierwszej kolejności odtwarzał małe kwiaty, zaginając je na planie ośmiokąta. Wyobraził sobie cichy dom bez Alicji i poobiednią drzemkę na nieznośnie wygodnym szerokim łóżku. Następnie odwzorował użylenie listków, ich poszarpane brzegi i fakturę. Origami było skończone. Spróbował uzyskać leczniczy ekstrakt. Niestety wciąż był to jedynie kawałek papieru.
- Czy zawsze się panu udaje?
- Tak. Pod pewnymi warunkami.
- Mianowicie?
- Gdy jestem całkowicie wyciszony. Nie dobiegają do mnie dźwięki, bardziej śnię niż widzę, jestem odrętwiały, niczym się nie cieszę, ani nie martwię. Przeszkadza mi nawet myślenie o tym, co właśnie składam. To się po prostu dzieje, a potem oglądam, co właściwie zrobiłem.
Dominik zrozumiał, że nie będzie w stanie przygotować doskonałego kwiatu, ponieważ za bardzo mu na nim zależy. Załamany schylił się i pochwycił słonika-inwalidę, którego zreperował w kilka godzin. Anastępnie uformował płaski świat na grzbietach zwierząt, tak pełnych szczegółów i realistycznych, jak żywe.
Opowiadanie idealnie wpasowuje się klimatem w czytaną właśnie przeze mnie Sagę Endera Orsona Scotta Carda (właśnie kończę Ksenocyd). Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że akurat czytam tę książkę, a może dlatego, że jest po prostu dobre
1/day #62
dodany przez edrache lut.28, 2010, w kategoriach grafika
Wczoraj dowiedziałem się, że mam fanów. Dzisiaj specjalnie dla Was drodzy fani
Kapustce udało się “ztekstować” (przeciwieństwo zilustrowania) wpisy o projektach do Fast Call. Jestem pod wrażeniem
Zajrzyjcie do wpisu #60.
1/day #57
dodany przez edrache lut.23, 2010, w kategoriach grafika
kolejny raz ilustruję świetny tekst Kapustki. Tym razem jest to druga część trylogii kolejowej (sam ją tak nazwałem). Jak zasłużę, to może dostanę szansę na zilustrowanie pozostałych tomów:
Obejrzeliście? To teraz przeczytajcie.
PRZERWA NA REKLAMĘ
koniecznie zajrzyjcie jeszcze raz do dnia #53, gdzie znajduje się relacja z pewnej sesji rpg
KONIEC PRZERWY NA REKLAMĘ
Nie dość, że dostajecie pełen tekst, to jeszcze zupełnie GRATIS!!!111 od Kapustki, jedyną w swoim rodzaju recenzję!! Zapraszam:
INFORMACJA O SPRZEDAŻY BILETÓW W POCIĄGU
Maszynista sprzedaje bilety tylko w czasie postoju pociągu.
Podróżny może nabyć bilet w pociągu tylko w/g taryfy normalnej za dodatkową opłatą oraz z ulgą 100% – bezpłatnie
Opłata dodatkowa za wydanie biletu w pociągu przez maszynistę wynosi:
w I strefie czasowej – 3.60 + 1.40 = 5zł
w II strefie czasowej – 4.80 + 1.20 = 6zł
w III strefie czasowej – 7.00 + 1.00 = 8zł
Uwaga! Osoby uprawnione do ulgi 100% zobowiązane są posiadać ważny bilet na przejazd. Podróżni nie posiadający takiego biletu traktowani będą jak bez ważnego biletu, ze wszystkimi konsekwencjami wynikającymi z tego tytułu.
Sprzedaż biletów wyłącznie za odliczoną kwotę, bez konieczności wydawania reszty.
Zakupiony bilet ważny jest tylko po skasowaniu w kasowniku pociągu. Maszynista może odmówić sprzedaży biletów jeżeli uzna, że zagraża to bezpieczeństwu ruchu pociągu.
Maszynista ma prawo kontroli biletów w pociągu.
O informacji o sprzedaży
Bohaterem opowiadania wydaje się być maszynista oraz jego przemiana. Z początku wydaje się czytelnikowi dość rzeczowy (sprzedaje bilety tylko w czasie postoju), po czym staje się niesympatyczny (pobiera dodatkową opłatę), aż w ostatnim zdaniu, niewątpliwie kulminacyjnym, staje się naszym jawnym wrogiem (ma prawo kontroli).
Może się wydawać, że w roli bohatera bardziej właściwe jest wskazanie postaci zbiorowej „podróżni”. Po uważnej analizie okazuje się jednak, że nie są oni wiązani z czasownikami czynnymi, tylko występują w formie bierniej – Podróżni traktowani będą – albo w formie czynności hipotetycznej – Podróżny może nabyć. Nie jest to więc sprawca wydarzeń, tylko obiekt działań Maszynisty.
Przepaść między tymi dwoma postaciami jest dramatycznie uwypuklona we fragmencie, który wyjaśnia, w jakich okolicznościach prośba o zakup będzie odrzucana: jeśli zagraża to bezpieczeństwu ruchu pociągu. Tutaj dochodzimy do zupełnie zaskakującego odkrycia, że ruch pociągu, staje się bytem samodzielnym. Przy czym, co znamienne, jest to byt słaby, któremu grozi niebezpieczeństwo. Z literackiego punktu widzenia to majstersztyk, oto bowiem w tekście pisanym stylem potocznym, imitującym zwyczajny komunikat od przewoźnika WKD, abstrakcyjne pojęcie ruchu staje się spersonifikowane!
Tekst napisano w duchu sprawozdawczo-reportażowym, w którym tradycyjnie nie występują wyszukane środki stylistyczne. Tym bardziej zwraca uwagę metafora: Podróżni nie posiadający takiego biletu traktowani będą jak bez ważnego biletu. Oczywiście, ten zabieg w bardziej zwyczajnym przekazie przyjmie postać typu: Podróżni nie posiadający takiego biletu traktowani będą jak ranny lew na łące pełnej smakowitych bawołów. Jednak takich przykładów spotykamy w literaturze ogrom i nie robią one już na odbiorcy wrażenia. Jakże nowatorskie na ich tle jest właśnie to, w którym ktoś bez biletu jest porównywany… do kogoś bez biletu.
Recenzowany utwór należy też rozpatrzeć w szerszym kontekście, jest on bowiem środkową częścią popularnej trylogii, na którą składa się: Regulamin przewoźnika, Informacja o sprzedaży biletów w pociągu i Taryfikator mandatów. Ostatnia z nich pełni szczególną funkcję, bowiem wyjaśnia zagadkowe wątki oraz szczególnie wyraźnie nadaje sens poprzednim.
Czy warto czytać? Miłośnikom nietuzinkowych metafor, personifikacji abstrakcji, nowoczesnej interpunkcji i żywego poszukiwania nowej definicji Ja-Literackie, zdecydowanie polecam. W przeciwnym wypadku proponuję pozostać przy Sienkiewiczu.
Ocena: *****
1/day #56
dodany przez edrache lut.22, 2010, w kategoriach grafika
Był ślimak, ale okazało się, że na wyprawa na ryby mu się nie powiodła. Została więc tylko kapusta
Smacznego
EDIT: Zachęcam do przeczytania bardzo osobistego tekstu Kapustki (wiecie, że napisał mi, że to jest prawdziwa historia??):
Start
Wnikliwi z was już odkryli, że mój avatar jest sałatą (próbuję sobie to wyobrazić w kontekście filmu Avatar). Powód: Kapusta wygląda gorzej. Samo słowo zawiera pustkę, ale również kapusia i ścianę, w formie „kapuściana”. Przyznaję, nie są to zbyt pozytywne skojarzenia. Nazwa powstała, gdy studiowałem na wydziale chemii Politechniki Warszawskiej. Przerosła mnie sympatyczna kadra, czyste odczynniki i bogate zaplecze tej uczelni. Często kładłem się na korytarzach i oznajmiałem: „A teraz wystawiam liście do słońca i fotosyntezuję”. Adam Wilk w tym czasie był autobusem i otwierał drzwi. Na Polibudzie każdy czymś był. Czymś innym. Innym niż studentem.
Wybrałem jedną historię, która być może mnie definiuje.
Pewnego majowego dnia wybuchła w moim domu awantura. Nie pamiętam, co w niej było innego od sprzeczki poprzedniego dnia. Kłóciliśmy się potwornie i z małym przerwami. Pomyślałem, że życie w ciągłym stresie musi mieć swoją cenę psychiczną i jeśli pozostanę, to w jakiś sposób oszaleję. W zasadzie nie wnioskowałem aż tak racjonalnie. Ja po prostu przestraszyłem się tego, co jest za momentem, gdy nie możesz już dłużej wytrzymać.
Decyzję o wyjściu na zawsze, podjąłem w kwadrans. Spakowałem: śpiwór, nóż z małą piłą do drewna, parę kompletów bielizny, laptopa, telefon, kosmetyczkę, zapałki, polar, małą łyżeczkę, kilka groszy kieszonkowego … oraz cztery egzemplarze czasopisma Computerworld! Trudno o lepszą reklamę tego pisma.
Przypuszczacie, że zanocowałem u znajomego lub dziewczyny? Nie chciałem zaczynać samodzielności, od zalegania w czyimś mieszkaniu. Skręciłem prosto do lasu, w którym kiedyś budowałem szałasy i nocowałem w nich. Uznałem, że ten będzie musiał przetrwać dłużej, bo jeśli nie zacznę zarabiać, to zamieszkam tu na zawsze. Miałem trochę szczęścia – znalazłem potężną gałąź pozostawioną przy wycince i skróciłem ją przy użyciu piły w scyzoryku. Powiesiłem, okratowałem mniejszymi gałęziami i nałożyłem grubą warstwę świerku i leszczyny. Próbowałem naśladować przodka z czasów Bolesława Chrobrego.
Samotna noc w środku lasu jest przerażająca, ale mniej, od samotnej nocy w środku lasu i czytania Lovecrafta – co zdarzyło mi się wcześniej. Rozpaliłem ognisko. Ma on chyba większe znaczenie dla stanu ducha niż ciepła. Płomień wręcz przemawia: „wszystko będzie dobrze”. Trudniej od lęku zaakceptować twarde i nierówne podłoże. W końcu zasnąłem, płytko i z przerwami na dokładanie chrustu, ale z dala od rodziny. Telefon nie zadzwonił.
Po przebudzeniu, mimo, że cały śmierdziałem dymem, musiałem pójść do szkoły. Nie wiedziałem, co zrobić ze śpiworem, kosmetyczką i Computerworldami. Zabrałem się do kopania małego wilczego dołu. Tutaj mała rada praktyczna. Spotykając na spacerze szałas, uważajcie na rozstawione w pobliżu skrytki-pułapki.
Miałem do dyspozycji tylko małą łyżkę do herbaty. Oderwałem piętnastocentymetrowe poszycie i zacząłem dłubać pomiędzy kamieniami, korzeniami i robakami. W tamtym czasie byłem głównym architektem projektu studenckiego projektu, obejmującego czterdzieści osób i dwie uczelnie. W środku kopania schowka zadzwonił koordynator i zapytał o schemat bazy danych. Był to moment szczególny. Jedną ręką rozmawiałem o zakładaniu indeksów na tabelkach, drugą ryłem dziurę na ukrycie śpiwora. Moje ciało było łącznikiem między dwoma odległymi epokami!
Potem padało przez dwa dni. Mój nowy dom przemókł. Skrytka zamieniła się w zbiornik wody i utopiła bezcenne egzemplarze Computerworld. Podziwiam ludzi z epoki Chrobrego. Ja, następnym razem, jak będę na zawsze opuszczał dom, poszukam sobie jakieś jaskini!
1/day #55
dodany przez edrache lut.21, 2010, w kategoriach grafika
Udało mi się zrobić pracę na przedłużoną bitwę na Golden Line:
Biedne duszki
EDIT: Tak w tym opowiadaniu Kapustki jest Pacman
Kurze, Pułapki
W nostalgiczne wtorkowe popołudnie, zbiliżał się do knajpy na skrzyżowaniu Puławskiej i Olszewskiej. Zdenerwowany, ugniatał spoconą ulotkę w kieszeni i wyobrażał sobie przebieg spotkania. Był przekonany, że w pewnej chwili dojdzie do trudnej decyzji. Na jednym ramieniu zdemolowanej wagi szalkowej będzie musiał położyć ratowanie świata w Ufo: Enemy Unknown, być może w trybie trudności „weteran”, a na drugim dokończenie ataku w dawno porzuconym Raid Over Moscow.
Wchodząc rozpoznał stęchły smak elektroniki przełomu lat osiemdziesiątych i ozonowy zapach Sinclaira ZX Spectrum. Łaknął zaśmierdłą drewnianą obudowę automatu Pac-man i duszące dyskietki 5.25’ high density kurz. Wnętrze panowało w przyjemnym półmroku. Za barem dostrzegł sylwetkę chłopaka z obsługi. Wyglądał na trochę znudzonego, ale sympatycznego.
- To miejsce to spełnienie moich marzeń!
- Naszych również.
- Boże, i ten kurz!
- Tak, dbamy o jego wysoką gęstość.
- Pacman na chodzie?
- Owszem. Biega i zjada kropki niczym ćpac-man.
- A ZX Spectrumy?
- W idealnym stanie. Zresztą każde urządzenie tutaj działa bez zarzutu, zgodnie z założeniem naszego klubu. Chcemy odtworzyć dom rodzinny obecnych trzydziestolatków. Proszę mi tylko powiedzieć jak ma na imię matka?
- Moja to Raid Over Moscow.
- Świetnie, proponuję miejsce przy ścianie, z widokiem na Puławską. Podać może jakieś ciastko?
- Z chęcią. Wezmę torcik W-Z.
Usiadł po turecku, zrobił solidny wdech i puścił kasetę. Dla pierwszych komputerów odczytanie zapisanej gry było bardzo kłopotliwe z powodu niedoskonałości taśmy. Aby dodatkowe drgania podłogi nie utrudniały tego procesu, ograniczył drobne kołysanie ciała. Starał się nie myśleć, aby pole magnetyczne mózgu nie zakłócało pracy głowicy. Trwał na wstrzymanym oddechu, aby zmiana ciśnienia nie zniekształciła taśmy. Ciekawe, czy o znaczeniu tych drobiazgów pamiętał kelner, gdy postawił talerz obok kasy.
- Deser gotowy! Dzieci! Podano do stołu!
- Zaraz! – Warknął i zobaczył na ekranie komunikat błędu.
Rozdrażniony zacisnął spoconą ulotkę i spróbował ponownie. Ożywienie gry wymaga zamarcia gracza na cztery minuty. Powietrza zabrakło mu już w pierwszej, uderzył pięścią obok komputera i wrzasnął do obsługi „Więcej kurzu, dajcie znacznie więcej kurzu!”. Kelner, chyba bez zdziwienia, podszedł do dyskietek 5.25’ i energicznie nimi potrząsnął. Chmura HD wypełniła klub.
Zatańczyły zeschłe paprochy jego szkoły. Przez minutę karmił się wyimkami przyjaźni. Oblepił go czerstwy pył pokoju dzieciństwa. Poczuł pulsowanie brzucha. Przez krótką chwilę podtrzymywały go jeszcze wióry kolonii w czeskiej Pradze, ale w końcu łapczywy wydech mokrego dwutlenku węgla zakończył ostatnią próbę.
Zmartwiony wstał i skosztował torciku W-Z.
- Głowa do góry. Prawdę mówiąc nikomu się nie udaje.
- Miałem nadzieję, że to nie będzie takie trudne.
- Można przypomnieć sobie awantury ze stygnącym obiadem, zobaczyć kilka paprochów, ale dokończyć Raid Over Moscow, to chyba niemożliwe.
- Czyli pierwszy raz przerwałeś mi celowo?
- Tak, ale zrobiłem to ze szczerej sympatii.
- A ci inni, którym też się nie udało … często tu przychodzą?
- Niestety zniechęcają się, przy czym każdy w trochę innym tempie.
- Ciekawe. Ciekawe jak to będzie ze mną?
- Gdybym miał się założyć, to bym powiedział, że powróci Pan za pół roku.









